ŚWIADECTWA

Czy czystość przedmałżeńska jest możliwa?

Z Michałem poznaliśmy się na jednym z chrześcijańskich portali randkowych, www.przeznaczeni.pl. Byłam wtedy na półrocznym stażu w aptece, który kończy studia magisterskie po farmacji. Zastanawiałam się nad tym, co chcę robić w życiu. Czy kontynuować studia na doktoracie na gdańskiej farmacji, a może wyjechać na studia doktoranckie do Niemiec?

I choć te propozycje wydawały się kuszące, to gdzieś w głębi serca wiedziałam, że nie pasują do mnie. Marzyłam, by poznać kogoś, z kim będę mogła założyć rodzinę. I czułam, że to się wydarzy w naszej ojczyźnie, a nie na obczyźnie.

Pierwsze nasze spotkanie, rozmowa w Cafe Kamienica w Gdańsku. Choć byłam spięta i podenerwowana, to dobrze nam się rozmawiało. Wracając, zobaczyliśmy plakat ze zbliżającym się spektaklem kabaretu Hrabi. Michał zapytał, czy miałabym ochotę z nim pójść, więc po tygodniu spotkaliśmy się po raz drugi. Na trzecim spotkaniu zdecydowaliśmy się na „chodzenie” ze sobą i tak to się zaczęło.

Spotykaliśmy się co najmniej raz w tygodniu, głównie w weekendy. Sporo czasu spędzaliśmy ze znajomymi, ale dużo też sami. Pamiętam nasz pierwszy wspólny weekendowy wyjazd do Łeby z noclegiem. Tylko my we dwoje. Gdy weszliśmy do zarezerwowanego pokoju, od razu powiedziałam Michałowi, że będę spała na podwójnym łóżku, a jemu zostawiam jednoosobowy tapczanik. Oj, pamiętam tę jego minę, jak to usłyszał. Sama nie wiem, dlaczego tak powiedziałam. Bardzo pragnęłam jego bliskości i nawet chciałam się wycofać z tego, co mu powiedziałam, ale nie zrobiłam tego. Spaliśmy w jednym pokoju, każde z nas na oddzielnym łóżku i….. wstaliśmy wypoczęci i „wypróbowani”. Nie było to łatwe. Początek relacji, w brzuchu motyle, a my daliśmy sobie na dobranoc buziaka i każdy zasnął w swoim łóżku.

Wiele można usłyszeć o konieczności wypróbowania swojego partnera/partnerki przed ślubem. My próbowaliśmy się właśnie w ten sposób. Nie przekraczając swoich cielesnych granic. I wiele było takich sytuacji, w których nie dopuszczaliśmy do sytuacji okazywania sobie czułości, która jest zarezerwowana wyłącznie dla małżonków, i to nas bardzo umacniało. Choć nie raz zastanawiałam się, dlaczego nie doszło między nami do czegoś więcej. Dlaczego kończymy spotkania na pocałunkach i rozchodzimy się każdy w swoją stronę. Dziwiło mnie, dlaczego Michał nie zaproponuje czegoś więcej, choć było tyle okazji… Ja, zakochana po uszy, przekonana, że to jest mężczyzna mojego życia, uległabym każdej jego namowie…. On, zakochany po uszy, wiedział, co jest dla nas najlepsze, i strzegł tego jak skarbu. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna.

Nasza relacja nabierała tempa. Szliśmy jak burza w poznawaniu się i snuciu wspólnych planów. Po 9 miesiącach tej owocnej znajomości, Michał oświadczył się, a po kolejnym roku stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Dziś jesteśmy szczęśliwym małżeństwem z czworgiem dzieci i pragnieniem, by było nas więcej 🙂

Czystość przedmałżeńska jest możliwa, nawet w dzisiejszych tak bardzo nasączonych seksualizmem czasach. Jesteśmy tego najlepszym przykładem 🙂 i nie należymy do kategorii: wymarli. Ludzi takich jak my jest dużo.

Patrycja Noetzel

Przygotowania do ślubu

Maciej:

Jakiś czas temu rozmawialiśmy ze znajomymi na tematy związane z przygotowaniami do ślubu. Po przypomnieniu sobie tych spraw zauważyłem, że nie wywołują we mnie szczególnych emocji. Podczas przygotowań zabiegaliśmy o to, aby uroczystość w kościele i na sali tanecznej była idealna. Było w tym dużo przejęcia, zaangażowania, stresu i emocji np. czy wystarczy owoców? czy nie będzie za ciepło? czy nie utkniemy w korkach jadąc na salę weselną? Takie obawy są oczywiście naturalne, natomiast z dzisiejszej perspektywy wiem, że nie mają żadnego przełożenia na późniejsze życie małżeńskie. To, co dzisiaj jest dla mnie istotne i co wywołuje moje emocje, to relacja z moją żoną, Olą.

Dlatego pisząc o przygotowaniach do ślubu nie chcemy doradzać, czy w naszym przypadku 1 kg tortu na 10 osób wystarczył, ani o tym, czy kawa ma być podawana do stołów lub jakie rzeczy najlepiej załatwić przed ostatnim tygodniem. Chcielibyśmy raczej opowiedzieć o tym, jak te przygotowania (podejmowanie decyzji, różnice w poglądach, inne oczekiwania) wpłynęły na naszą relację, czego mogliśmy się nauczyć, a co teraz owocuje.

Aleksandra:

Od początku, kiedy byliśmy parą należeliśmy do młodzieżowej wspólnoty katolickiej. Wspólnota miała ogromny wpływ na nasze życie i patrzenie na świat. Poznaliśmy wspaniałych ludzi z którymi wyjeżdżaliśmy na rekolekcje, kajaki, wolontariat zagraniczny itd. Jednak przede wszystkim we wspólnocie doświadczyliśmy prawdziwej modlitwy i żywego Boga. Dlatego też w przygotowaniach do ślubu było dla nas naturalne, że decydujemy się na zaczekanie ze współżyciem do ślubu. I tak też się stało. Nie zrobiliśmy tego dla żadnej zewnętrznej zasady ale dlatego, że oboje byliśmy przekonani, że to jest dla nas dobre i oboje tak samo tego chcieliśmy. Konsekwentnie zrezygnowaliśmy także ze wspólnego mieszkania, ponieważ jak wiadomo wtedy znacznie trudniej byłoby nam pielęgnować to postanowienie.

W decyzji o zachowaniu czystości przedmałżeńskiej doświadczyliśmy prowadzenia Pana Boga i niesamowitego błogosławieństwa. Chciałabym przytoczyć jedną z wielu sytuacji, za którą jestem Bogu szczególnie wdzięczna. Kiedy Maciej zdążył już przeprowadzić się na studia do Gdańska przed rozpoczęciem roku akademickiego, musiał pilnie znaleźć lokatora na stancję, aby nie opłacać za niego czynszu. Ja z kolei właśnie przeprowadzałam się do Gdańska na studia magisterskie. Za dwa tygodnie miał zacząć się rok akademicki, a ja pomimo codziennych poszukiwań i szczerych chęci nie mogłam znaleźć odpowiedniego pokoju na wynajem. I wydawać by się mogło, że skoro się kochamy, chcemy ze sobą być, to pomożemy sobie, jeśli zamieszkamy razem. Niektórzy ludzie zaczęli podpowiadać nam takie rozwiązanie. Ale my po prostu nie chcieliśmy. Czuliśmy, że to nie jest nasza droga, że nie chcemy w ten sposób prowadzić naszego związku. Cały czas oddawaliśmy to Bogu w modlitwie. Na kilka dni przed rozpoczęciem października Maciej znalazł lokatorów, a ja trafiłam na wyjątkową stancję. Zamieszkałam z czterema dziewczynami ze wspólnoty, które jak się później okazało miały znaczący i bardzo dobry wpływ na moje życie i z którymi przyjaźnię się do dzisiaj. Jedna z moich współlokatorek była potem świadkiem na naszym ślubie, co świadczy o wadze przyjaźni zawartych w tym mieszkaniu. I jestem za to Bogu ogromnie wdzięczna. Tym przykładem chcę pokazać, że oboje doświadczamy tego, że wybory które podejmujemy z miłości do Boga są najlepszymi wyborami. Bóg pokazał nam, że na wszystko jest właściwy czas. Ja straciłabym piękne przyjaźnie, wzajemną naukę gotowania, czas długich babskich rozmów, pożyczania ciuchów, ale przede wszystkim ze smutkiem myślę o tym, że mogłabym nigdy nie poznać tych osób, które od kilku lat są mi szczególnie bliskie. I jestem pewna, że było to prowadzenie Boga w naszym życiu.

Nie ukrywamy, że niejednokrotnie było to bardzo trudne. Frustrowaliśmy się, że czas oczekiwania na siebie tak długo trwa i łamaliśmy granice. Ale w tym wszystkim nauczyliśmy się czekać na siebie cierpliwie, wyrażać uczucia w bardzo różnorodny sposób, aktywnie spędzać czas, a co najważniejsze mieliśmy w sercach głęboki pokój, poczucie wewnętrznej harmonii ze sobą nawzajem i z Bogiem.

Na koniec tego wątku chcę również dodać i zachęcić wszystkie pary, że zawsze warto zawalczyć o czystość przed ślubem, nawet jeśli współżycie już dawno zostało rozpoczęte. Ma sens odłożenie seksu na miesiąc przed ślubem, bo to pozwala na przygotowanie się do tego wyjątkowego dnia w oczekiwaniu i tęsknocie za ukochaną osobą oraz trwanie w łasce uświęcającej przed przyjęciem Sakramentu Małżeństwa.

Maciej:

Dla mnie również na początku związku założenie, że nie będziemy współżyć przed ślubem było oczywiste. Zakładałem, że tak jest lepiej, ale dlaczego? Nie do końca wiedziałem. Jedyne co w tamtym czasie myślałem to to, że skoro Kościół ma 2000 lat doświadczenia w sprawach życia wewnętrznego czy relacji międzyludzkich, to prawdopodobnie jest coś wartościowego w jego propozycjach. Dzisiaj widzę w naszym życiu małżeńskim (czy też w życiu codziennym), że jeśli nie umiałbym z własnej woli rezygnować z tego, co właśnie teraz mi się chcę, to miałoby to swoje konsekwencje. Gdybym patrzył tylko na siebie i swoje zachcianki, to po pewnym czasie Olce ciężko byłoby ze mną wytrzymać. I nie chodzi tylko o rezygnację dla rezygnacji, ale o pracę nad własnym charakterem. Taka praca pomogła mi między innymi nie uzależniać swojego samopoczucia od tego, czy dostaję to, na co mam ochotę.

Aleksandra:

Przygotowania do ślubu uczyły nas dystansu. Jestem drobiazgową osobą i zwracam uwagę na detale. Bardzo chciałam, aby na ślubie i weselu było pięknie i zaskakująco. Jednak był to czas, w którym sporo działo się w mojej pracy zawodowej, a ponadto remontowaliśmy mieszkanie, w którym mieliśmy zagościć po ślubie. Byliśmy w tak wielkim kotle spraw do załatwienia, że można było w tym wszystkim łatwo zapomnieć o tym, co najważniejsze. I to uczyło nas dystansu do tego, co jest wyłącznie formą. Cały czas uświadamiałam sobie, że to nasza miłość jest najważniejsza. I warto na niektóre szczegóły, których później nawet my sami nie będziemy pamiętać, machnąć ręką. Bo to jest tylko otoczka, to są tylko detale i trzeba do tego podejść z dystansem. Pewnie czasami warto zrezygnować z martwienia się o szczegóły wesela, a wyjść na spacer, porozmawiać, spędzić dobrze czas i cieszyć się sobą. Może jedna taka rozmowa nic nie zmieni, ale uczy nas mądrze wybierać. Pomaga wyrobić dobry nawyk na wybieranie w przyszłości wspólnej rozmowy i spędzania czasu, może kosztem innych spraw czy obowiązków. Warto zadbać o to, co jest naprawdę ważne, a nie o wyjątkową figurę na torcie. Podaję taki przykład, bo ja właśnie zadbałam o śliczną figurkę (młoda para na tandemie), a kiedy podczas wesela wjechał na salę tort zobaczyłam na górze jakieś dwa powykrzywiane ludziki z nieciekawym wyrazem twarzy. To było niezbyt piękne… J Uświadomiłam sobie, że nie jesteśmy w stanie wszystkiego kontrolować, a czas i energię lepiej zainwestować w pielęgnowanie naszej relacji, bo za chwilę już nie będzie tej całej ładnej otoczki. Na drugi dzień zostajemy sami ze sobą, tacy jacy jesteśmy.

Maciej:

Okres przygotowania do sakramentu oraz przygotowania imprezy weselnej był pierwszą okazją do tego, aby wspólnie z Oleńką organizować coś, co wymagało podjęcia wielu decyzji. I te decyzje miały być wspólne. Okazało się, że mamy oboje inne oczekiwania, w różny sposób załatwiamy sprawy organizacyjne.

Jedną z tych sytuacji było dodrukowanie kartek z rebusem mówiącym o tym, że na prezent chcemy pieniądze, a zamiast kwiatów wino. Ja mimo tego, że nie była mi obojętna forma zaproszenia i rebusu traktowałem takie sprawy dosyć zadaniowo. Wybraliśmy zaproszenia, stworzyliśmy kartki z rebusem i ustaliliśmy ich ostateczną formę. Po czym następnego dnia Olka powiedziała, że wolałaby jednak zmienić jeden obrazek z rebusu. Dla mnie sprawa była zamknięta, a  Olka cały czas była otwarta na to, że coś nowego bardziej jej się spodoba.

Kolejna sytuacja dotyczyła kryteriów branych pod uwagę przy dokonywaniu wyborów. Dla mnie podstawowe było pytanie: czy mieści się budżecie? Natomiast dla Olki: czy jest wyjątkowe i niepowtarzalne? Jak można się domyśleć, takie rzeczy często nie mieszczą się w budżecie. W moich oczach podejście Oli było bez sensu, a moje podejście było racjonalne i wyważone. Zakładałem więc z góry, że to co uważam za słuszne jest słuszne w stu procentach. Wtedy zaczynałem uczyć się tego, jaka jest moja Żona. I wielkim krokiem do przodu w moim schemacie myślenia było pozwolenie Olce na bycie sobą i wyzbycie się założenia, że moje podejście jest lepsze. Dzięki temu, że decyzje podejmowaliśmy wspólnie, mamy teraz film z ślubu i wesela, z którego bardzo się cieszę, a którego nie było w budżecie.

W naszej opinii duże znaczenie w dobrym przeżyciu czasu przygotowań miało wspólne zaangażowanie. Dużo jest drobnych spraw, które trzeba po prostu załatwić, ale warto mówić sobie o tym, na czym nam zależy i wykazywać szczególne zaangażowanie w sprawach, na których zależy przyszłemu współmałżonkowi. Ja przykładowo czułem, że Olka cieszy się z mojego zaangażowania, jeśli chodzi o wystrój sali weselnej. Tak naprawdę dużo rzeczy byłoby mi obojętnych, ale to zaangażowanie było dla nas budujące.

Aleksandra:

Na koniec chcemy powiedzieć, że Bóg jest bardzo dobry i wszystko, co jest dobre pochodzi od Niego. Również miłość którą siebie darzymy, ten ukochany człowiek, który jest obok nas jest dany od Boga. Dlatego zachęcamy, aby jeszcze przed ślubem uklęknąć przed Bogiem i Mu podziękować za to, że jesteśmy dla siebie nawzajem największym szczęściem w życiu.

Aleksandra i Maciej

Nasza rodzina pomysłem Boga

Chcemy opowiedzieć wam naszą historię, która z perspektywy kilku lat jest dla naszej rodziny żywym źródłem wdzięczności i dziękczynienia.

Gdy około 2 lata po ślubie mimo starań nie mogłam zajść w ciążę, gdy kolejne niepowodzenia potęgowały jednocześnie ból i coraz większe pragnienie bycia mamą, doświadczyłam próby mojej wiary. Przedstawiałam Bogu moje krwawiące serce, wylewałam łzy w każdej formie modlitwy, w tym modlitwie uwielbienia, na której byłam w stanie jedynie być i wewnątrz łkać, na Mszy Świętej, gdzie potrafiłam tylko stać, zastanawiając się czemu przez kolejne długie miesiące i lata nasz Bóg milczy. Nie mogłam zrozumieć i dostrzec Jego Dobroci ku nam, Jego Błogosławieństwa w sakramencie małżeństwa, nie doświadczałam żadnego pocieszenia, a samotność napełniała mnie lękiem, że Bóg o nas zapomniał, że czeka nas stały brak szczęścia, brak spełnienia naszych pragnień.

W tym czasie byliśmy z mężem razem, zupełnie bezwarunkowo, blisko siebie, z frustracjami, w smutku i szarej codzienności. Byliśmy diagnozowani, leczeni, modliliśmy się i nadzieja na dziecko nie gasła. Dzięki kierownictwu duchowemu i  towarzyszeniu przyjaciół przestałam Boga jedynie desperacko prosić, a zaczęłam też powoli oddawać całą moją wolę, wolność  i rozum; przyjęłam swój ból jako tajemnicę, wobec której mogę jedynie zamilczeć, zaczęłam pytać, czego On chce, co ma przygotowane dla nas.  Z lekkim dystansem zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego, przeszliśmy kilkumiesięczne szkolenie, spotkaliśmy ludzi, których droga była podobna do naszej, słuchaliśmy o dzieciach, które przez różne okoliczności losu pozostają same – bez mamy i taty.

Po dłuższym czasie niespodziewanie otrzymaliśmy wiadomość z ośrodka o dziewczynce, która jest i czeka na rodziców. Odwiedziliśmy ją, otrzymaliśmy kilka dni, aby spokojnie móc podjąć decyzję. Był to czas Triduum Paschalnego, które przeżywaliśmy jak zawsze w naszej jezuickiej wspólnocie, tym razem z mocno bijącym sercem, rozeznając, czy skoczyć w tę nieznaną nam głębię; jeżeli skoczyć to tylko z Jezusem, który zapewnił nas, że kto przyjmuje jednego z tych braci, Jego najmniejszych Jego przyjmuje. I mnie te Słowa utwierdziły…

Zaczęliśmy nowy fascynujący czas razem z Lenką, której obecność przewartościowała całe nasze życie, córeczka stała się naszym promykiem słońca i centrum wszechświata 😉 Ujrzałam kolory i poczułam smaki rodzinnego życia, wpadliśmy w wir codziennych rytuałów, uczyliśmy się siebie nawzajem, uczyliśmy się być uważnymi rodzicami, zaczęły się tkać więzi, tworzyły sieci bliskości i zaufania. Po pewnym czasie zaczęłam rozmawiać z mężem o pragnieniu powiększenia rodziny, wspólnie postanowiliśmy rozpocząć kolejną procedurą adopcyjną, aby Lena miała rodzeństwo. Oczekiwanie nie było długie, szybko zostaliśmy zaproszeni do naszego ośrodka i niedługo po wypełnieniu podstawowych formalności poinformowano nas o niezwykłym wydarzeniu. Okazało się, że w czasie gdy my przyszliśmy otwarci na przyjęcie dziecka, ośrodek adopcyjny otrzymał informację o gotowym do przysposobienia Marcinku, który jest biologicznym bratem Lenki. Słysząc tę informację, nie mogliśmy nie poczuć Bożej Interwencji w naszym życiu. Był to dla mnie Akt Strzelisty od Mojego Boga, potwierdzenie Jego Woli względem nas, Jego Miłość namacalnie objawiająca się w naszej rodzinie.

Od tamtego czasu jesteśmy razem, każdego dnia realizuję się i napełniam smakami macierzyństwa. Widzę, jaką drogą prowadził nas Pan, jak delikatnie pozwolił nam dojrzeć, by zrealizować najlepszy plan, Jego plan.

Anna i Tomasz

Maryja – Mama, która przeprowadziła nas przez ciemność do życia

Stefan znaczy „znak zwycięstwa” – takie imię nosi nasz synek, bo jest dla nas znakiem zwycięstwa życia ze śmiercią i naszej walki o niego u boku Boga.

Nasze pierwsze dziecko straciliśmy nagle w 8. tygodniu ciąży, długo przygotowywaliśmy się do kolejnej ciąży, chcąc możliwie ustrzec się przed kolejną stratą. 

W końcu cieszyliśmy się upragnionym dzieciątkiem. Długo wszystko szło bez komplikacji, jednak w 12 tygodniu okazało się, że pojawił się bardzo duży krwiak podkosmówkowy, co wg wielu dawało bardzo złe rokowania. Mąż słyszał od lekarzy, że mamy być gotowi na najgorsze, a szanse są nikłe. Bez zastanowienia zaczęliśmy Nowennę Pompejańską. Forma tej modlitwy bardzo nam odpowiadała, bo oboje pragnęliśmy nieustannie prosić Boga o pomoc w tej sytuacji. Maryja też jako matka, która doświadczyła trudów ciąży, była najlepszą powierniczką dla przerażonych rodziców. 

Gdy jechaliśmy na pierwsze badanie USG po wykryciu krwiaka, nie wiedząc czy nasze dziecko żyje, Maryja bardzo mocno nas umacniała. Ja miałam wrażenie, że jest obok mnie i opiekuje się nami. Ta modlitwa dała nam silne poczucie, że to maleńkie życie jest złożone w ręce najlepszej Mamy. 

Na USG okazało się że Stefek żyje, krwiak jest, ale w miejscu, które nie odcina go od pokarmu i rozwija się prawidłowo.

To już dla nas był cud – po zapowiedziach lekarzy po pierwszym badaniu.

Trwaliśmy na modlitwie, a krwiak, zupełnie nie mając wpływu na Stefka, znikał powoli. 

Koniec nowenny zbiegł się z badaniem, na którym nie było już śladu krwiaka, a lekarz, który widział wówczas mnie i Stefka po raz pierwszy, nie widział jakichkolwiek nieprawidłowości, wszystko było idealnie.

Bóg nas wyprowadził z ciemności, a trwanie przy Nim dawało nadzieję, nawet gdy po ludzku inni nam nie dawali jej wiele. 

Maryja jest dla nas dziś Opiekunką naszych dzieci, czujemy się ukochani przez Nią i Boga. W tym doświadczeniu odnaleźliśmy Jezusa. Weszliśmy wówczas na Drogę Krzyżowa, zresztą tak jak przy stracie Jadzi – naszego pierwszego dziecka. Zaufanie w Boże działanie, pomimo ziemskiego obrazu obrotu spraw, doprowadziło nas do radości Zmartwychwstania. 

Chwała Panu!

Marta i Damian

Świętowanie niedzieli w naszej rodzinie

Próbując realizować przykazanie „pamiętaj, abyś dzień święty święcił” w naszym życiu staramy się, żeby niedziela była dniem wyjątkowym. Zaczynamy ją wspólnym śniadaniem. Nie musimy się spieszyć tak jak w pozostałe dni tygodnia, dlatego staramy się przygotować coś bardziej wyjątkowego niż zwykle. Chcemy od rana przeżywać niedzielę w duchu wspólnego świętowania. Centralnym punktem tego jest msza święta. Chcemy podziękować Bogu za cały przeżyty tydzień i powierzyć nadchodzący czas Jemu, prosząc o wsparcie i błogosławieństwo. Często niedziela jest dobrą okazją do spotkania z rodziną w większym gronie przy obiedzie lub kawie. Staramy się poświęcić czas spotkania na budowanie relacji z bliskimi, bez telewizji czy telefonów. Wierzymy, że Bóg jest w tym obecny i błogosławi umacnianiu więzów rodzinnych. Staramy się, żeby tego dnia nie sprzątać, nie nadrabiać zaległości w domu – to wszystko próbujemy zrobić w sobotę. Wieczorem natomiast, gdy nasza córeczka zaśnie mamy „randkę” we dwoje w salonie. Ten czas jest zaplanowany i wpisany w kalendarz jako czas tylko dla nas. Mamy chwilę, żeby ze sobą w spokoju porozmawiać, opowiedzieć sobie o trudach i tym, co sprawia nam radość. Raz w miesiącu poświęcamy ten wieczór na dialog małżeński, do którego zapraszamy Pana Boga. Ma to dobry wpływ na rozwój i budowanie naszego małżeństwa.

Klaudia i Tomek

Walczymy razem, a nie przeciwko sobie

Kiedy poznaliśmy się, wydawało mi się, że jesteśmy do siebie tak bardzo podobni. Zanim zawarliśmy sakrament małżeństwa, czas upływał nam szybko na radosnym poznawaniu siebie i cieszeniu się poczuciem jedności między nami.

 Nie mogliśmy doczekać się ślubu. Gdy już nadszedł ten czas, dziękowaliśmy Bogu za to, że pozwolił nam się poznać, pokochać i połączyć miłością na zawsze. Pragnęliśmy dobra dla siebie. Wierzyliśmy mocno w to, że możemy żyć w małżeństwie inaczej niż nasi rodzice, których małżeństwa nie były szczęśliwe. Nie wiedzieliśmy, że życie w małżeństwie jest nieustanną walką.

 Nasza nieustanna walka polega przede wszystkim na ciągłym szukaniu prawdy o miłości współmałżonka. Szatan każdego dnia na różne sposoby próbuje wywołać we mnie złość lub żal do Marcina, szepcząc mi do ucha różne kłamstwa o nim. Najczęściej te kłamstwa dotyczą niewiary w chorobę Marcina i związane z tym różne dolegliwości. Niemalże każdego dnia walczę ze sobą, by uwierzyć słowom męża o tym, że z powodu różnych bóli i tym razem nie może mi pomóc. I kiedy nie ma pokoju w moim sercu, Zły próbuje kusić mnie w stronę użalania nad sobą, wmawiania mi, że Marcinowi po prostu nie chce się poświęcać dla mnie, a jego wszystkie zapewnienia o miłości względem mnie nie są prawdą. Kiedy wejdę w ten dialog ze Złym, staję się niemiła dla Marcina, zaczynam mu wypominać jak ja dużo pracuję i poświęcam się dla naszej rodziny, a on dla mnie i dzieci nie, porównuję go do innych mężów, którzy tak dbają o swoje żony i pomagają im tak jak one tego potrzebują. Marcin także często zmaga się z trudnymi myślami na mój temat, których nie podsyła mu Bóg. Kiedy mój mąż nie zaniesie tych myśli do Boga, wówczas zaczyna wierzyć w to, że nie doceniam go, nie próbuję rozumieć w jego różnych trudnościach, a może i nawet nie kocham. I dopiero kiedy rozmawiamy ze sobą w dialogu i trwamy w obecności Bożej, zaczynamy widzieć wszystko w prawdzie. Wtedy kolejny raz dziwimy się, że znów uwierzyliśmy w kłamstwa Złego o naszej relacji.

Ja i Marcin jesteśmy podobni do siebie pod względem wrażliwości i temperamentu, ale między nami jest także dużo różnic. I czasami wydaje nam się niemożliwe budowanie jedności małżeńskiej. I bez pomocy Bożej jest to rzeczywiście niemożliwe. Na nasze trudności w zrozumieniu siebie nawzajem wpływa niewątpliwie choroba Marcina. Ból towarzyszący prawie codziennie mojemu mężowi sprawia, że staje się on mniej cierpliwy i wyrozumiały względem mnie, wpływa także na jego depresyjne stany i ogólny brak radości. Są dni, kiedy mam wrażenie, że zupełnie się nie rozumiemy, a w chwilach poważniejszych nieporozumień odczuwam, jakbyśmy walczyli przeciwko sobie. Obydwoje niechętnie odzywamy się wtedy do siebie i trudno nam sobie nawzajem przebaczyć. Zarówno ja, jak i Marcin, wynieśliśmy z naszych rodzinnych domów wiele ran, które teraz rzutują na naszą relację małżeńską. Najdziwniejsze jest to, że podczas tych różnych większych i mniejszych burz w naszym małżeństwie zapominam o tym, że jest ktoś, kto nieustannie walczy przeciwko nam, burząc budowaną z pomocą Bożą jedność między nami. Ale Bóg pokazał nam już wiele razy, że może przeprowadzić nas przez wszystkie burze w naszym małżeństwie. My musimy tylko wciąż Ducha Świętego prosić, by nam przypominał o tej prawdzie, że nie walczymy przeciwko sobie! Walczymy razem przeciwko wspólnemu wrogowi, mając po swojej stronie Najpotężniejszego Obrońcę – Boga!

Chwała Panu!

Karolina i Marcin

Uzdrowienie poporodowej traumy jest możliwe

Mam na imię Ania. Sześć lat temu wydawałam na świat naszą pierworodną córeczkę siłami natury. Mój pierwszy poród był dla mnie bardzo trudny. Nie będę go opisywać, bo każda z nas rodzi trochę inaczej i przez inne trudności przechodzi. Chcę natomiast skupić się na tym, w jaki sposób Pan Bóg wydobył mnie z traumy.

Zacznę od tego, że na sali porodowej przeszłam swoją osobistą Golgotę, aż po przekonanie, że mój Bóg i Pan mnie opuścił. Była to pierwsza rzecz wymagająca Ojcowskiej Miłości. Otrzymałam ją w konfesjonale przy pierwszej spowiedzi po porodzie. Trafiłam na naprawdę cudownego, delikatnego i stonowanego kapłana. Nie pamiętam żadnych jego słów, ale ten pokój, łagodność i wylanie na mnie miłości… Tak jakby Pan Bóg powiedział mi: „Nie gniewam się na ciebie, Ja tobie współczuję, a teraz pragnę cię pocieszyć”.

W zasadzie myślałam, że ta spowiedź rozwiązała wszystko. Myliłam się jednak. Pokazały mi to powracające co jakiś czas sny oraz mój częsty płacz przy rozmowach z mężem o porodzie. Właściwie nie byłam świadoma, że mam w ogóle jakąś traumę z porodu. Myślałam, że wszystkie kobiety tak mają. Jednak nocne koszmary, w których śnił mi się poród jak żywy, nie dawały mi spokoju. Byłam wtedy pod opieką psychologa i jakoś tak się stało, że temat snów ujrzał światło dzienne. To kolejny powód, za który mogę dziękować Panu Bogu, bo przecież poród nie był powodem moich wizyt u psychologa. A jednak pani sama wyczuła, że trzeba się tym zająć.

Okazało się, że obwiniam się o swoją słabość przy porodzie. Myślałam o sobie wcześniej, że jestem „twardzielką” i nic mnie nie zmiażdży, a okazałam się kruchym motylem.

Dzięki pani psycholog uznałam w końcu, że mój poród był dla mnie bardzo trudny i mogą sobie ludzie dokoła gadać, co chcą o swoich ciężkich porodach i porównywać się ze mną. Ale mój poród był dla mnie traumatycznym przeżyciem i żadna inna kobieta nie wie, jak to jest przeżywać taki poród w mojej skórze.

Kiedy zobaczyłam te prawdy z boku, byłam w stanie się nad sobą rozczulić, a także przyjąć to, co Pan Bóg mi opowiedział o mnie samej podczas porodu: że nie należę do „twardzielek” tak jak chcieli moi rodzice i jak sama o sobie zawsze myślałam, lecz do kruchych motyli, które stworzone są do dawania piękna i możliwości opieki. Był to drugi etap mojego uzdrowienia. Od tej pory skończyły się nocne koszmary.

Trzeci etap nastąpił ok. miesiąc przed narodzeniem drugiej córeczki. Byłam wtedy w 38. tygodniu ciąży i miałam mocne skurcze przepowiadające. Porodu bałam się jak ognia. Prosiłam wszystkich dookoła o modlitwę, zatrudniłam do porodu doulę i byłam zaopatrzona w Tens. Jednym słowem: panika. Poród jednak nie nadchodził. Niemal miesiąc mnie Pan Bóg przeprowadzał przez doświadczenia: panicznego strachu, niemocy, braku kontroli nad rzeczywistością, aż po niemal niemożność poruszania się i wręcz tęsknotę za rozwiązaniem oraz pragnienie porodu! Jestem przekonana, że nasza druga córeczka urodziła się po 42. tygodniu ciąży również po to, by przez te ostatnie tygodnie dokonało się moje pełne uzdrowienie. Pan pokazał mi też, że poród może być krótszy, bolesny, ale dobrze przeżyty, a ja mogę czuć się otoczona opieką i pozwolić sobie na bycie sobą: kruchą i delikatną, ale kochającą.

Z perspektywy tych sześciu lat mogę powiedzieć, że Pan Bóg był dla mnie bardzo delikatny i czuły. Przeprowadzał mnie przez uzdrowienie etapami i sam podsuwał osoby, które się mną odpowiednio zaopiekowały. Pokazywał to, czego nie byłam świadoma. Pamiętam też, że był czas, w którym podziękowałam Mu, że mogłam się choć trochę upodobnić do Pana Jezusa poprzez doświadczenie mej małej Golgoty. Nie byłoby to możliwe bez Bożej łaski i Jego uzdrowienia.

Pozostaje mi zatem uwielbiać Pana po dziś dzień i kolejne za Jego Ojcowską Opiekę i Miłość.

Chwała Panu!

Ania

Bóg nam pobłogosławił w szukaniu mieszkania

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Nazywamy się Ania i Grzegorz, i jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat. Kilka lat temu szukaliśmy mieszkania do kupna i chcemy opowiedzieć o tym, w jaki sposób Pan Bóg nami pokierował i nam w tym pobłogosławił.

Kiedy podjęliśmy decyzję o kupnie jakiegoś lokum do życia, mieliśmy już dwójkę dzieci i wynajmowaliśmy nieduże 2-pokojowe mieszkanie w wieżowcu w Gdańsku. Było nam tam bardzo ciasno, a mieszkanie wymagało kapitalnego remontu.

Jako że żadne z nas nie pochodzi z Gdańska, rodziny mieliśmy daleko, a potrzebowaliśmy realnej pomocy (nasza starsza córeczka wiele wymagała), podjęliśmy decyzję, by zamieszkać w rodzinnym mieście Ani – Zielonej Górze, gdzie spokojnie moglibyśmy liczyć na pomoc dziadków. Była to decyzja nasza, kierowana zdrowym rozsądkiem i potrzebami. Nie była przemodlona, lecz wydawała nam się zupełnie słuszna.

Zaczęliśmy więc poszukiwania mieszkania do kupna na odległość. Kilkukrotnie Ania jeździła z dziećmi do rodziców, by oglądać upatrzone nieruchomości, i kilkukrotnie Grzegorz przyjeżdżał do niej, by podjąć ostateczną decyzję i podpisać umowę. Mieszkań, na które byliśmy zdecydowani było kilka. Jednak za każdym razem po obejrzeniu ich otwieraliśmy Pismo Święte szukając odpowiedzi od Pana Boga, czy mamy je kupić. Za każdym razem padała odpowiedź: nie.

Po kilku takich razach byliśmy zrezygnowani i nie wiedzieliśmy co dalej robić. Dodatkowo Grzegorz nie mógł znaleźć pracy w Zielonej Górze. Byliśmy wtedy w strapieniu, nie widzieliśmy jasno. Miotaliśmy się, nie rozumiejąc o co Panu Bogu chodzi. Postanowiliśmy więc poprosić o pomoc w rozeznawaniu naszą wspólnotową koleżankę – chrzestną naszej córki. Już teraz musimy powiedzieć, że to wielkie błogosławieństwo mieć kogoś, kto z dystansu może omodlić naszą sprawę i odczytać Słowo, które nam przekaże, widząc i rozumiejąc je jasno.

Liczyliśmy na jakiś mały fragment z Pisma Świętego, a dostaliśmy wiele: psalm, obraz, przekonanie, zalecenie modlitwy konkretnym fragmentem i wzmocnienie małżeństwa przez udział we mszy o uzdrowienie Mocnych w Duchu on-line. Pan Bóg obiecał nam, że poznamy mieszkanie po znakach oraz że czeka nas w nim odpoczynek jak na zielonych pastwiskach.

W tym samym czasie niestety Grzegorz dostał odpowiedź odmowną ze swojej wymarzonej pracy zdalnej. A ponieważ nie mieliśmy gwarancji żadnej pracy, zdecydowaliśmy się zaprzestać poszukiwań w Zielonej Górze na rzecz tymczasowego wynajmu czegoś większego w Gdańsku. Jakoś tak się stało, że z wynajmu zmieniliśmy decyzję na kupno… Mieszkań w Gdańsku obejrzeliśmy jak na lekarstwo. Była taka jedna oferta, która podobała nam się on-line, natomiast istniał pewien problem: mieszkanie sprzedawała starsza pani, która nie pokazywała go nikomu od siedmiu miesięcy… Akurat nam pokazała 🙂 I rzeczywiście znaleźliśmy w nim znaki: właścicielka była córką Józefa i Marii; mieszkała kiedyś w Zielonej Górze, a jej mąż pracował w tej samej szkole, w której obecnie uczyła Ani mama…

Tak więc znaleźliśmy mieszkanie, którego obecnie jesteśmy właścicielami. W miejscu zupełnie innym niż nam się wydawało… A Pan Bóg błogosławi nam obiecanym odpoczynkiem, zielenią i dobrą przestrzenią do rozwoju dzieci. Co ciekawe, już po podpisaniu umowy kupna, Grzegorz nagle dostał ofertę pracy zdalnej, z której wcześniej otrzymał odmowę…

Mieszkanie z roku na rok podoba nam się coraz bardziej, za co chwalimy Pana. Znajdujemy też w życiu codziennym powody, dla których Pan Bóg nie widział nas w Zielonej Górze. Choć nie jest łatwo żyć z daleka od rodziny, ufamy Mu, że tak jest dla nas lepiej. Niesamowity jest Pan!

Chwała Panu!

Ania i Grzesiek

Jak znajduję czas na modlitwę, mając w domu małe dzieci?


W Wielkim Poście miałem postanowienie, żeby codziennie odprawić 15-minutowy ignacjański rachunek sumienia. W połowie postu zorientowałem się, że jeszcze mi się to nie udało ani razu. Wtedy wprowadziłem drobną zmianę, która miała ogromny wpływ. Postanowiłem, że będę odprawiał ten rachunek sumienia wtedy, kiedy moja żona będzie szła się kąpać. Od tamtego momentu kiedy Klaudia idzie do łazienki, ja siadam w salonie, ustawiam minutnik na 15 min. i poświęcam czas na osobistą modlitwę. Od Wielkiego Postu minęło już parę ładnych miesięcy, a mi dalej udaje się to realizować 5-6 dni w tygodniu (co nie oznacza, że żona kąpie się tylko tyle razy :D). 
Z kolei Klaudia modli się przy usypianiu naszej córeczki. Dzięki temu codziennie ma okazję do modlitwy 🙂

Tomek

„Pseudorodzinny poród”

Witajcie! Chciałabym podzielić się z wami naszą historią.

Jesteśmy małżeństwem od dwóch lat. Odkąd pamiętam planowaliśmy wspólnie rodzić. Od czasu, gdy dowiedzieliśmy się, że noszę pod sercem nasze małe dzieciątko wspólnie czyniliśmy przygotowania. Czerpaliśmy z owocnych spotkań z położną i dopytywaliśmy innych. Starannie ćwiczyłam oddychanie. Zdobywaliśmy wiedzę. Początkowo byłam przerażona wyobrażeniem bólu, jaki mnie czekał. Z upływem czasu miejsce strachu zajęło oczekiwanie na radosne spotkanie z maluchem. Tak właśnie zachęcała położna – dzień porodu będzie świętem rodzinnym 🙂 Nadszedł wyczekiwany czas. Mieliśmy się wzajemnie zobaczyć! Gdy syn był już baaardzo zdecydowany do wyjścia na świat, wybraliśmy się do szpitala. Jak przez mgłę pamiętam moment przyjmowania. Chwilę później siedziałam już na wózku. Zanim wjechaliśmy do windy dowiedzieliśmy się, że z dniem dzisiejszym wprowadzono zakaz porodów rodzinnych z powodu pandemii… Drzwi się zamknęły, a za nimi został mój mąż. Zdążył mi tylko przekazać torbę i termos ze słodką herbata, która była moim nawodnieniem i energetykiem. Jeszcze wręczył szybko telefon! Zespół medyczny był bardzo sympatyczny. Co więcej, gdy wspomniałam o pragnieniu porodu wertykalnego młoda położna poszła po starszą. Udało się! I to z piłką! Dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam wcześniej. Kubuń był już ze mną! Niestety z łożyskiem była trudność. Po wybudzeniu miałam synka znów przy sobie. Pełna pokoju i wewnętrznej radości nuciłam mu pieśń. Miałam poczucie, że Bóg się cały czas o nas troszczy. Starsza położna, która nam towarzyszyła przy porodzie miała głos jak moja teściowa. Gdy jej o tym powiedziałam zaśmiała się i rzekła, że porody rodzinne zostały zakazane, ale pseudorodzinne nie. W duchu obustronnej wdzięczności za współpracę udaliśmy się do sali. Dziś też mam świadomość, że moment, w którym zdecydowaliśmy się na jazdę do placówki był odpowiedni. Dowiedziałam się, że to właśnie ta młoda położna przejęła mnie przy wejściu, bo właśnie rozpoczynała zmianę. Telefon przekazany w ostatniej chwili przez Pawła był naszą niemalże jedyną ścieżką komunikacji przez kolejne 5 dni z racji zakazu odwiedzin. To był dzień moich imienin. W SMS-ach, które odczytałam po czasie, oprócz życzeń były także zapewnienia o modlitwie. Nie mam wątpliwości, że Bóg nam w tym czasie błogosławił. 

Krysia

Świadectwo Agi i Wojtka

Nasza wiara ma swoją dynamikę. Można się w nią zaangażować całkowicie lub trochę albo też wcale. Tak jak w relacji ze znajomymi. Dobierając sobie przyjaciół, kierujemy się swoim aktualnym nastawieniem do życia. Jeśli dążymy np. do bogactwa, to nie będziemy przecież szukać przyjaciół wśród średnio zamożnych zjadaczy chleba. To nie są, z naszego punktu widzenia, atrakcyjni dla nas kompani. Oni nigdy nie osiągną właściwego statusu, a my przecież szukamy towarzystwa na poziomie. No i takich przyjaciół sobie dobieramy. Wspólne zainteresowania, filmy, wyjazdy na wakacje. Wszystko coraz droższe, bardziej elitarne. Ta korelacja pomiędzy jakością znajomych a naszym stylem życia nakręca się samoistnie. Dobieramy przyjaciół bliskich naszemu światopoglądowi, o podobnych do naszych zainteresowaniach. Oni, podzielając nasz styl życia, umacniają nas w poczuciu, że to jest właściwa droga, że nasze pragnienia, ukierunkowane w tym przypadku na posiadanie coraz większej ilości wszelkiego rodzaju dóbr materialnych i doznań, są najbardziej pożądanym celem. W takim układzie nie ma szansy, żeby otworzyć się na inne środowiska, o odmiennym systemie wartości, tylko nieustannie podbudowujemy swoją wizję życia, przeglądając się w dążeniach naszych przyjaciół. Z wiarą, czyli relacją z Panem Bogiem, jest dokładnie tak samo. Jeśli jej nie pielęgnujemy i nie utrzymujemy kontaktu z Ojcem, to nie odczuwamy praktycznie żadnej reakcji zwrotnej. Nie słyszymy Go. I możemy chodzić co tydzień na msze św., a nasza przyjaźń z Ojcem i tak będzie płytka lub nie będzie jej wcale. Można to zobrazować przykładem, chodzenia na koncerty do filharmonii. Pomimo, że słuchamy muzyki, to nie nawiązujemy relacji z muzykami ani twórcami. Nie znamy tych ludzi, ich prawdziwego ja, pragnień, dążeń itd. Ich kunszt zaspokaja naszą potrzebę obcowania ze sztuką, ale nie z ludźmi. Z Bogiem identycznie. Udział we mszy św., na zasadzie fizycznej obecności, zapewnia nam poczucie bycia katolikami i daje przekonanie, że coś nam w duszy gra, ale absolutnie nie gwarantuje poznania Wielkiego Dyrygenta i jego istoty. Cóż się jednak dzieje, jeżeli nawiązujemy przyjaźń i wpuścimy Go do naszego życia? A trzeba wiedzieć, że On, w sposób bardziej lub mniej spektakularny, się tego dopomina, tęskni. Nigdy nie nachalnie, ale ciągle. No więc kiedy się zaprzyjaźniamy z Bogiem to wtedy robi się naprawdę interesująco. Uruchamia się proces, taki sam jak podczas doboru właściwych przyjaciół. Najpierw musimy chcieć Boga poznać, jako osobę atrakcyjną, bliską. Najlepiej to się udaje, przez „wspólnych znajomych”. U mnie i żony zaczęło się od słuchania konferencji ojców Jezuitów oraz Dominikanów. Oni pokazali mi Boga bliskiego i miłosiernego. Wcześniej z żoną Ojca szczególnie mocno nie szukaliśmy, poza byciem właśnie normalnymi, niedzielno-świątecznymi katolikami, nie wyglądaliśmy jakichś szczególnych relacji. To Bóg szukał nas. Szukał nas delikatnie, ale tego nie słuchaliśmy. Musiało runąć całkowicie moje i mojej żony życie zawodowe, żeby wizja braku środków do życia pchnęła nas w 200 kilometrową podróż z Warszawy przed oblicze Panienki Częstochowskiej. Ale po kolei.

Jest rok 2016. Oboje tracimy pracę. Agusia po paru miesiącach, uruchamiając kontakty towarzyskie sprzed lat, dostaje etat w Warszawie. Ja jestem w totalnej rozsypce mentalnej. Bez wiary w sukces prowadzonej działalności gospodarczej, bez nadziei na lepsze jutro – ten stan starannie w sobie wyhodowałem, użalając się nad sobą. Dla Agusi trzeba wynająć mieszkanie w stolicy, a kredyty wymagają spłacania. Tak więc zadłużamy się coraz bardziej. Wiemy, że z jednego etatu nie wyżyjemy.  Ogłoszeń o pracy w mojej specjalności było jak na lekarstwo, a jak były, to nikt nie wybierał mnie. Zacząłem więc pielgrzymować po wszystkich przyjaciołach i znajomych mających firmy, prosząc o jakąkolwiek pracę, ale kumple nie mieli nic. Albo raczej trzeba powiedzieć, że pewnie większości z nich po prostu było głupio powierzyć mi zajęcie poniżej moich kwalifikacji, a ja błagałem już o cokolwiek. Totalny upadek. W moim mniemaniu osiągnąłem dno. Czy jednak na pewno to była klęska? Bez tego wszystkiego nie popchnęło by mnie i Agusi w stronę Pana Boga. Najpierw z pretensjami. Już od roku szukam pracy i nie mogę jej znaleźć! Panie, dlaczego mamy tak ciężko? Potem z pytaniami i błaganiami. Było naprawdę źle i jak nam się wydawało, bez powodu. Dziś wiemy, że to wszystko było po to, żebyśmy zostali wyprani z pychy. A tej wcześniej było niemało. Tak więc jest strach i rozpacz. I nagle w głowie pojawiła się myśl – jedziemy do Częstochowy. Ruszyliśmy z mety. Wylądowaliśmy na wieczór w klasztornej kaplicy.

Godzinna wspólna modlitwa błagalna przed cudownym obrazem. I natrętne pytanie przeplatane prośbami: „Matko Boża, co robimy źle, że nas to spotyka? Błagamy, daj nam konkretny znak, co mamy robić. Nasze możliwości się skończyły. Prosimy wytłumacz, ale jasno i wprost, jak mamy działać, bo modlimy się, a tu ściana. Tylko nie każ nam zgadywać. Powiedz do nas dużymi literami, żebyśmy mogli zrozumieć”. Ponieważ jeszcze wtedy nie czytaliśmy codziennie Pisma Świętego, a kazania niedzielne ocenialiśmy pod względem „przydatności do spożycia”, wybierając te ciekawe, a resztę kwitując: „ksiądz się nie przygotował”, Mama musiała wykombinować bardziej spektakularny i oczywisty w odbiorze przekaz dla takich ignorantów. Jedno jest pewne, nie chciała nas zostawiać w takim stanie ducha. Po apelu jasnogórskim poszliśmy do samochodu na parking przyklasztorny i wtedy podszedł do nas chłopak z plecaczkiem, z pytaniem czy nie jedziemy w kierunku Warszawy, bo on chce zabrać się w stronę Piotrkowa Trybunalskiego. Było po drodze, więc go wzięliśmy. I zaczął mówić o swoim życiu i jego osobistej przemianie dzięki odkryciu Żywego, Towarzyszącego Boga… A my z każdym słowem robiliśmy coraz większe oczy, ukradkowo patrząc na siebie. On opowiadał o wspólnocie odnowy w Duchu Świętym, a zarówno ja jak i Agusia mieliśmy pewność, że Bóg udziela nam instrukcji, co mamy robić. Chłopak wprost dał nam instrukcje jak sam szukał, jak znalazł i jak przez to jego życie nabrało pozytywnych zmian. Oboje mieliśmy nieodparte wrażenie, że musimy znaleźć wspólnotę i dać na tej drodze Bogu zadziałać i w naszym życiu. Chociaż Turysta Anioł (tak go nazywamy do dziś) nie mówił jak mam znaleźć pracę, byliśmy pewni, że on mówi to, co Bóg chce nam przekazać. Po powrocie do stolicy, już następnego dnia zaczęliśmy poszukiwania wspólnoty i… zadzwonił telefon, z informacją, że firma, do której złożyłem papiery, chce się ze mną spotkać. Tą pracę dostałem. To nie była praca marzeń, ale była! I tak zaczęła się wspaniała przyjaźń, przyjaźń z Tatą. Zaczęliśmy odkrywać Boga bliskiego. Najpierw dość nieporadnie, trochę na siłę. Przecież On do nas nie mówił w pełni zrozumiale. Nie czuliśmy jakiejś egzaltacji podczas rozmowy, jaką była modlitwa. Ale mieliśmy już z Tatą tożsame cele. Nasza zgoda na to, aby wciągnął nas w swoją przyjaźń sprawiła, że po dziś dzień wszystko się nakręca i dąży ku temu, żeby wspólnie spędzić wieczność w najlepszym towarzystwie.

Aga i Wojtek

Świadectwo o pokornej wierności Boga

Po wielkim trzęsieniu ziemi w naszym życiu rodzinnym i zawodowym znalazłam pracę 350 km od domu. W poniedziałki nad ranem ruszałam pociągiem z Gdańska, a w piątki po południu wracałam z Warszawy. Na samym początku dziękowaliśmy Bogu, bo nasza rodzina stała na krawędzi i dostaliśmy koło ratunkowe od Taty. Ale zakładałam, że góra po pół roku wrócę do domu. A tu czas mijał, a my byliśmy rodziną rozdzieloną fizycznie, ja z pracą i studiującym synem w Warszawie, mąż z pracą na południu Polski, a najmłodszy syn rozpoczynał  naukę w liceum w Gdańsku. Co drugi weekend mogliśmy być razem w domu, w Gdańsku, ale trzeba było wtedy nie tylko znaleźć czas na rozmowy osobiste, relacje intymne, ale też przyziemne obowiązki prania, sprzątania, zakupów, lekarzy i całą logistykę domową. Nie mówiąc o podtrzymaniu jakiejkolwiek więzi z dalszą rodziną i przyjaciółmi. Było wiele trudnych momentów, ale chcę opowiedzieć o jednym. Martwiłam się o najmłodszego syna, że został sam na gospodarstwie i z obowiązkami szkolnymi. Robiłam Panu Bogu wyrzuty, że może tak patrzeć spokojnie, że dał mi męża, a ja nie mogę z nim dzielić codzienności. Pozwolił mi być mamą, a ja nie mogłam gotować mojemu synowi obiadów, być wsparciem przed ważnymi sprawdzianami i witać go po powrocie ze szkoły w domu.

Razem z mężem prosiliśmy Pana Boga ciągle, błagaliśmy, modliliśmy się, pościliśmy… ale nie mogłam wrócić do Gdańska. Wysłałam tysiąc CV, poruszyłam wszelkie kontakty przyjacielskie i znajomości. Dwie okazje, w zasadzie pewne na 100 %, w ostatnim momencie przepadły, nie wiadomo dlaczego. W najsmutniejszych momentach trzymaliśmy się słów Boga, które otrzymaliśmy na wspólnej modlitwie z mężem – ja w słowie Pisma Świętego, a mąż w  obrazie – Pan Bóg obiecał nam zbudować nasz dom od nowa, według Jego zamysłu.

W tym czasie, a trwało to 3 lata, Pan Bóg dawał mi niezliczone okazje, aby mi pokazać swoje czułe oblicze kochającego Taty, zaleczył wiele moich ran. Wiem teraz, że to ja potrzebowałam tyle czasu… Pozwolił mi zobaczyć, jak przewartościowałam swoje życie, jak postawiłam moją rodzinę na pierwszym miejscu zamiast Niego. Oparłam dobro rodziny na ułudzie, która się rozwiała. Byłam z każdym dniem bardziej w Nim zakochana i wdzięczna, ale tęskniłam strasznie za codziennym byciem z moimi ukochanymi synami i mężem, i byłam już potwornie zmęczona tym byciem weekendową mamą i żoną.

Po ok. 2,5 roku miałam już mega dość i skoro sama nie mogłam zrozumieć działania Pana Boga, poszłam na modlitwę wstawienniczą, prosząc Boga, żeby mi powiedział, o co chodzi. Osoby modlące się nade mną m.in. dały mi kolejne słowo wraz z komentarzem, że za 6 miesięcy otrzymam wiadomość, Pan Bóg nie będzie mnie zmuszał, będę mogła zdecydować… Absolutnie nie wiedziałam, o co Bogu chodzi dalej, ale trzymałam się myśli, że dam radę jeszcze wytrwać 6 miesięcy, skoro On ma jakiś plan. 6. miesiąc wypadał na marzec. I dotrwałam, w końcówce miesiąca w czytaniach dnia pojawił się ten fragment z Pisma Św., ale nic się nie wydarzyło. Poszłam do spowiedzi, pamiętam jak dziś to wyjątkowe spotkanie, bo pierwszy raz w życiu miałam wrażenie, że w konfesjonale, serio, rozmawiał ze mną Jezus. Wyszłam stamtąd ze zmienionym sercem, czułam się ukochana przez Boga, objęta Nim. Tak bardzo, że wiedziałam, że wszystko, co od Niego, jest najcudowniejsze i najlepsze. Szczerze powiedziałam Mu wtedy, że jak On chce, to ja się zgadzam na wszystko i mogę w tej Warszawie zostać na 20 lat, niech już będzie, ufam Mu całkowicie. Potem jechałam pociągiem spotkać się w weekend z mężem i całą drogę płakałam, ale inaczej niż kiedykolwiek, miałam wrażenie jakbym kochała cały świat. To był 29 marca. Następnego dnia, 30 marca, dostałam telefon, że jest od zaraz praca dla mnie w Gdańsku, w niesamowitym tempie udało mi się pozałatwiać formalności ze zmianą firmy, mieszkania itp. Pierwszego dnia matur zawiozłam syna osobiście na egzamin, a całą maturę napisał koncertowo i dostał się na wybrane studia. Bóg jest wielki! Dał mi czas na pozwolenie Mu, żeby się dać dotknąć Jego cudownej miłości, a w tym czasie zadbał o wszystkie moje sprawy lepiej niż ja bym to poogarniała i dotrzymał swojego Słowa, które się ciągle  w naszym życiu małżeńskim i rodzinnym objawia.

Aga i Wojtek